in ,

SUPER!SUPER! LOLLOL

Przepraszam wszystkich, że podobało mi się Avengers: Koniec gry

Wstyd mi wielki, że po wyjściu z kina nabzdryngoliłem pozytywną recenzję Avengers: Koniec gry. Jestem bezwartościowym fanboyem!

Trzech muszkieterów z filmów Ogniem i mieczem i Człowiek z marmuru (źródło: Marvel i archiwa Stasi; edycja: Popkulturyści)

Wiadomo nie od dziś, że powinienem splunąć na Avengers: Koniec gry. W końcu nie wypada dokładać się do wielogłosu zachwytów nad najnowszym filmem Marvela. Zajeżdża to niepachnąco fanboystwem i nieznajomością rzeczy, którą jest film jako taki.

Film dobry i niezapomniany to tylko Ojciec chrzestny, Kubrick, Wajda i arthouse wszelaki. Czasem jakiś Coppola do tego grona się wbije, ale tylko czasem i również należy go/ich lekko opluć – dla zasady plucia. Kto nie pluje, ten się nie zna. Kto nie pluje, ten jest paskudny i sczeźnie w piekle. Może nawet jest lewakiem i ogląda TVN. Z drugiej strony może być bardziej na prawo i ogląda TVP. Zło ma wiele obliczy.

Dlaczego o tym piszę? Ponieważ był czas rozrywki, a teraz nadszedł czas kajania się w błocie, smrodzie i do zdarcia włosów, skóry, paznokci – ma boleć i szczypać! Tym samym przepraszam wszystkich wielkich znawców kina za to, że świetnie bawiłem się na Avengers: Koniec gry. O czym w dodatku i na moje nieszczęście napisałem w recenzji. Dobra zabawa na filmie rozrywkowym to chamstwo, to nieuctwo, to coś gorszego niż okładanie kukły żyda w Pruchniku przez grupę wyrostków przy towarzystwie doroślejszych wyrostków.

Wy jesteście Ojcem Pio filmu, a ja zblendowanym Boratem z Kononowiczem.

Podobnie jak ci wszyscy źli ludzie, którzy docenili film Marvela. Wstyd to dla widzów, którzy zostawili do dziś przy kasach kinowych 2,188 miliardy dolarów. Strata pieniędzy, które można było przeznaczyć na odbudowę Katedry Notre-Dame. Wstyd to takoż dla tych wpier***jących hamburgery z serem amerykanów, którzy krytycznym okiem niewiedzy postawili zbiorczo na Rotten Tomatoes filmowi 8,29/10. Jaki on fresh, kiedy capi nieludzko?! Hańba to także dla recenzentów, gdzie nap***rdala się masowo schabowe, które najwidoczniej siadają na mózg. Wyobraźcie sobie, że nasi rodacy z kraju, który dał światu Mickiewicza, Sienkiewicza i wielu innych iczów, postawili temu hollywoodzkiemu koszmarowi 8,3/10 na Mediakrytyku. Pewnie nas Disney kupił. Na pewno. Czekam na czek, Bobie Igerze! A ci zwykli widzowie? Ci to dopiero mają tupet. Na IMDB 8,9/10, a na Filmwebie 8,4/10. Odraza, odmóżdżenie i populizm. Jak oni śmią nazywać się widzami, ba, ludźmi!?! Za nich też przepraszam. Wijcie się!

Początkowo miałem o tym nie pisać, ale zanim znajomy stwierdził, że jestem fanboyem, przypomniało mi się, jak na naszym Facebooku spotkałem się z osobliwą opinią w związku z moją recenzją Avengers: Koniec gry:

– Hmm? To pierwsza recenzja, jaką widzę, i w Polsce i za oceanem, w której ktoś ten kicz chwali.

To dziwactwo ubogacił internetowy przekrój zaściankowych osobliwości. Na wielogłos zniesmaczenia z innej rzeczywistości, co rusz się natykałem w ostatnich dniach.

OSTRZEŻENIE: SPOILERY!

Tym samym zapewne mój znajomy miał rację, pisząc mi wczoraj po wyjściu z kina, że:

– Heh, ludzie liczyli na bohaterów z jakieś alternatywnej rzeczywistości. Dobre sobie. Wiadomo, że Disney rozwiązał to w najbardziej przewidywalny sposób ku uciesze 10-latków. Wdowa to postać totalnie obojętna dla całej serii, ale ok, mieli swoją dramaturgię. Stark miał trzy części i mógł się przejeść. Falcon nowym Capem? Litości, przecież to łamaga. Swoją drogą jedyny chyba film z serii Marvela, na którym publiczność reagowała tak nijako (fun fact: napisał to znajomy, który chodzi do kina raz na ruski rok – przyp.). Śmiech dzieciaków wzbudził jedynie stary Cap na końcu filmu, co było nieco cringowe.

Na co odpowiedziałem, że nie chciałbym być na jego miejscu. Nie dlatego, że narzeka, ale cieszyłem się, iż ja miło spędziłem czas w kinie. Tym samym rozjuszyłem jegomościa i dostałem bogatszą kontynuację wywodu z bardzo osobistym podjazdem:

– Ty jesteś etatowym onanistą marvelowskim (jeśli onanizmem można nazwać 6/10 dla Czarnej Pantery, to niech mi ktoś zwali, bo ja chyba nie potrafię robić tego dobrze – przyp.), dlatego nie oczekuję od Ciebie obiektywizmu. Ogólnie nie żałuję, że poszedłem do kina, bo Thor-Lebowski na plus, Bradley Cooper wiadomo, że zawsze spoko (prawdopodobnie kolejny przytyk do masturbacji, ponieważ moja była dziewczyna onanizowała się do zdjęć w Google po wpisaniu w wyszukiwarkę frazy Bradley Cooper smile – przyp.). Ale film poszedł po najbardziej przewidywalnej wersji scenariusza, a te anomalie czasowe są wkur***ce. Ogólnie szkoda, że to wszystko łagodnie disneyowsko się skończyło.

Oczywiście nie przyznałem mu racji i dodałem jedynie, iż nie każdy film Marvela to dla mnie 10/10 oraz (tylko Avengers: Wojna bez granic postawiłem taką ocenę) że każdy ma prawo do swojego zdania, ale mi się jego jęczenia dłużej czytać nie chce, bo mam ciekawsze rzeczy do robienia. Jednak kwiczało to dalej:

– Chujajke i kutafalkon – oni są mega potrzebni. Ale za to nabrałem ochotę, żeby obejrzeć Agentów Tarczy (WTF?!? – przyp.). A ta Kapitan Marvel to praktycznie żadna rola. I dlaczego Thanos mógł dźwignąć Mjolnira? I nie obrażaj się, że kwestionuję twoją świętość, bo ja nie hejtuję, wyrażam tylko swoje rozczarowanie.

A zdanie później rozłożył mnie na łopatki, kwitując:

– Ogólnie ciesze się, że poszedłem. W domu wciskałbym pauzy i oglądał przez 5 godzin. No i Taika Waititi na propsie. Film ogólnie mi się podobał, jedyne co, to mam niesmak po najbardziej oczywistym wariancie zakończenia historii.

Przepraszam Kuba, że mi się podobało.

Już więcej nie będę, obiecuję! Od teraz będzie mi się bardziej nie podobało niż Tobie. Przyrzekam na wszystkie przyrzeczenia świata. W końcu jest racja i święta racja – a ta druga należy wyłącznie do tych, którzy hejtują. A fajnie mieć rację absolutną. Cała reszta to fanboystwo i ci, co się nie znają.

Trzeci zwiastun filmu Spider-Man: Daleko od domu (źródło: Sony; edycja: Popkulturyści)

Nowy zwiastun Spider-Man: Daleko od domu to wszystko, co chcieliście i jeszcze trochę

gra o tron starbucks

Gra o tron i najkrótsza, najtańsza, najlepsza oraz jedyna w swoim rodzaju promocja Starbucks