in , ,

SZOKSZOK

Filmy na Blu-ray idą w zapomnienie. Nie uratuje ich nawet standard 4K

Pieczołowicie przechowujcie swoje Blu-raye, bo zaraz będą obiektami muzealnymi, które za plecami youtuberów będą straszyły swoim truchłem.

(źródło: stocki; edycja: Popkulturyści)

Zanim garstka szaleńców stwierdziła, że Netflix zabije kina, mnożyło się od innych morderców. Kiedyś twierdzono, że zabiją je kasety VHS. A jednak te stały się ofiarami płyt CD. Chwilę później wyparły je DVD, które jeszcze przed nastaniem powszechnego dostępu do sieci miały wyciąć w pień nie tylko kina, ale całą branżę rozrywkową. Jednak własność intelektualna, pomimo ciągle panoszącego się piractwa audiowizualnego, ma się najlepiej od lat. A w międzyczasie Samsung dobija Blu-raye, które na dobrą sprawę są przede wszystkim ofiarami dystrybucji cyfrowej.

Końca świata nie było i przemysł filmowy, gier czy muzyczny mają się świetnie. Zmieniają się jednak sposoby dystrybucji. Doskonale widać to po ostatnim ruchu Samsunga, który wycofuje się z wprowadzania na rynek kolejnych odtwarzaczy Blu-ray odczytujących filmy w standardzie 4K. Co ciekawe to właśnie ten segment rynku Blu-ray jest najdynamiczniej rosnącym. Jednakże bez dalszej bitwy Samsung oddaje tu palmę pierwszeństwa największemu konkurentowi, czyli Sony. Samsung wstrzymuje także produkcję niektórych odtwarzaczy obsługujących Blu-raye w 1080p.

To znak, że kończy się pewna era. Płyty Blu-ray i ich odtwarzacze powoli stają się kolejnymi reliktami przeszłości . Producent kombinował, tworzył hybrydy, ale ostatecznie uznał, że to nie ma sensu. Jeszcze kilka lat temu Samsung wypuszczał co rusz nowe modele odtwarzaczy Blu-ray, a kolejne generacje płyt, ich udoskonalone wersje, czy wariacje wokół już istniejących uderzały na rynek co rusz. Najprawdopodobniej ostatnimi są te oznaczane wymiennie jako 4K i Ultra HD.

Nawet Sony coraz nie chętniej spogląda w stronę czytników płyt w Playstation. Microsoft przez moment dosyć otwarcie planował nie umieszczać żadnego odtwarzacza w Xbox One. Wtedy spotkało się to ze sporą niechęcią wśród graczy. Jednak to było kilka lat temu. Dziś, w erze Netflixa, coraz przepastniejszych chmur obliczeniowych i Spotify, widzimy, że potrafimy się przestawić.

Decyzja Samsunga potwierdza to, co większość z nas i tak przewidywała – Blu-ray to żywy trup, który jest wyłącznie leczony paliatywnym placebo 4K.

Żeby sprzedawać technologię, trzeba ją rozwijać i promować. W Samsungu otrzeźwieli, dochodząc do sensownego wniosku, że pompują środki w coś, czego zaraz nie będzie. Tym samym nie dziwi, iż firma mocno inwestuje w rozwój Tizena na swoich telewizorach. Dzięki temu sprzedaje sprzęt, na którym użytkownicy w trakcie eksploatacji mogą dodatkowo zasilać portfel przedsiębiorstwa.

Skupienie się na dystrybucji cyfrowej ma sens. W samych Stanach Zjednoczonych domowy rynek szeroko pojętej branży filmowo-telewizyjnej The Digital Entertainment Group wycenił na 23,3 miliardy dolarów. To wzrost o 11,5% w porównaniu do 2017 roku. Same streamingi subskrypcyjne, czyli przede wszystkim Netflix, Amazon Prime Video oraz Hulu przyczyniły się do 30% wzrostu w segmencie SVOD, którego ostateczna wartość zamknęła się na granicy 12,9 miliardów dolarów. Dla porównania zeszłoroczne przychody filmów przy kinowych kasach biletowych – bez uwzględnienia reklam oraz sprzedaży produktów spożywczych – to 11,9 miliardów dolarów.

Ponadto widzowie wydali 2,46 miliardy dolarów na zakup cyfrowych filmów, serialów, programów telewizyjnych i podobnych treści. To 14,4% więcej niż w 2017 roku. Kolejne 2,09 miliardy dolarów przeznaczyli na strumieniowe przesyłanie filmów na żądanie, czyli cyfrowy odpowiednik wypożyczalni płyt DVD oraz Blu-ray. To 6,2% więcej niż przed rokiem.

Natomiast sprzedaż widowisk na twardych nośnikach ciągle się kurczy, pomimo rosnącej popularności filmów na płytach Blu-ray 4K oraz Ultra HD. Przychody w tym segmencie to 4,03 miliardy dolarów, co jest 14,6% spadkiem w porównaniu z 2017 rokiem.

Wbrew pozorom to niedobry znak, że filmy na Blu-ray popadają w niełaskę.

To oznacza, że coraz mniej widowisk zobaczymy w takiej jakości na półkach sklepowych. Większość z nich nawet nie będzie miała dystrybucji w Polsce. Część nie ma już dziś. Jest to niesamowicie zła wiadomość dla tych, którzy cenią sobie najwyższą jakość, nawet za nierozsądną cenę.

Nawet jakość materiałów, z jaką można się nierzadko spotkać na Amazon Prime Video strumieniującym na barkach siostrzanego Amazon Web Services, odstaje od standardu Blu-ray 4K. Kompresja stosowana przez ten serwis, a także Netflix i inne platformy streamingowe, jest obarczona niższą jakością. I znaczek Ultra HD przy droższych pakietach Netflixa to tak naprawdę pic na wodę. Strata jakości przy kompresji jest widoczna gołym okiem.

Kluczowe są tu dwie rzeczy. Z jednej strony wielkim obciążeniem finansowym dla firm dystrybuujących treści byłoby udostępnienie obrazu i dźwięku w jakości nieodbiegającej od Blu-ray 4K. Z drugiej strony większość z nas i tak nie odebrałaby strumienia danych sięgającego 128 Mb/s.

Prędkość dzieckiem potrzeby.

Wielu z Was zapewne pamięta jak przed dwiema, a nawet niespełna dwiema dekadami, siedzieliśmy obok nieprzyjemnie chrupiącego modemu, który w chwilach szaleństwa pozwalał nam cieszyć się prędkością internetu, sięgającą zawrotnych 56 Kb/s. A wszystko to przy rachunkowym szaleństwie. Nie było wtedy wielką sztuką zrobić 1000 zł przy połączeniu wdzwanianym. Do dziś pamiętam, jak mój ojciec wybrał billing telefoniczny, którym moglibyście obwinąć wszystkie mumie w Egipcie, a gdyby nie śliski papier, zostałoby Wam jeszcze na jakiś czas w zastępstwie papieru toaletowego.

Wspominam o tym, gdyż przed zeszłoroczną przeprowadzką mogłem pobierać dane z prędkością 100 Mb/s. Obecnie mam łącze 60 Mb/s (chociaż, jak teraz sprawdziłem, zjadło mi gdzieś 11 Mb) i to jest bardzo komfortowa prędkość odbierania danych, dla kogoś, kto korzysta z sieci sam na kilku urządzeniach jednocześnie. Wystarczyło kilka lat, by najpierw przeglądanie plików JPG przestało być męką, a niedługo później można było bez zgrzytu wymieniać się pękającymi od natłoku warstw plikami PSD. Dziś komfort pobierania olbrzymich pakietów danych zależy bardziej od tego, z jaką prędkością są do nas wysyłane, niż od tego, jak szybko możemy je odebrać. A wszystko to za 45 zł.

Nasze łącza rok rocznie są coraz szybsze, a dostęp do nich tanieje. Za kolejne dziesięć czy dwadzieścia lat będziemy się śmiali z tych śmiesznych 128 Mb/s, które pozwala oglądać filmy w świetnej jakości. Samsung zerwał plaster na ostro.

Nie będę tęsknił za płytami.

Kiedy ostatnio miałem płytę w dłoni? Nie pamiętam. Pomimo wielu rzeczy, które mi się nie podobają i są do poprawienia, cyfrowa dystrybucja jest dla mnie o niebo wygodniejsza. Akcje pokroju wymiany zakupionych filmów w niskich rozdzielczościach na odpowiedniki 4K pokazują, z jaką elastycznością mamy tu do czynienia. Ponadto nigdy nie byłem fanem zastawiania się tonami rzeczy i pomimo prób, więcej było błędów przy układaniu, segregowaniu tego wszystkiego, co finalnie sprowadzało się do nieskończonego zagubienia albo/i totalnego burdelu wśród niezliczonych pudełek. Obecnie to wszystko mam na wyciągnięcie kilku kliknięć. Dopisanie do tego, jaką dobrocią są usługi pokroju Netflixa, które w ramach abonamentu udostępniają tysiące pozycji, w tym wszystkim jawi się niczym powtarzanie kolejny raz, że woda jest przyjemnie mokra.

Właściwie tylko książki jeszcze czytam w wydaniach tradycyjnych. Jakkolwiek również papier od dawna zastępują mi wersje cyfrowe, nierzadko też audiobooki. Wydania tradycyjne to wyłącznie prezenty i wszelkiej maści dary losu.

Co nie zmienia tego, że poniekąd rozumiem tych, których nazwałem muzealnikami.

Kolekcjonerzy, którzy będą wygrzebywali filmy na Blu-rayach, nie zaginą. Poznałem ich i wiem co to za uparte typy. Kiedy zaczynałem czytać komiksy w formie cyfrowej, postanowiłem pozbyć się tysięcy zeszytów, wydań zbiorczych i powieści graficznych. Część wystawiłem na eBayu, a niedobitki na Allegro. Rekordowo sprzedałem komiks z 7 czy 8 krotnym przebiciem – za blisko 400 dolarów. Stąd wiem, że znajdą się tacy, którzy z jakichś, mniej lub bardziej sensownych powodów przepłacą, byle postawić sobie kolekcjonerskie wydanie Pasji ze sceną po napisach, w której Nick Fury… Niektórzy nawet nie wyciągną płyty z pudełka, bo zniszczyliby tym drogocenną folię. Zżyli się z tym, co odchodzi w zapomnienie. I wbrew ich logice, szanuję ten koneserski romantyzm.

Jednocześnie mam świadomość, że właśnie przekraczamy kolejną niewidzialną linię i srebrne, niebieskie, czarne i wszelkiej maści inne płyty po prostu się kończą. Widzowie powinni znaleźć sobie już dziś ulubione serwisy z wideo na życzenie i/lub usługę strumieniującą treści. Bo to przyszłość. Nie ma nad czym dłużej dumać, gdyż kolejnej generacji na miarę kaset VHS czy płyt CD, DVD i Blu-ray już nie będzie. Dystrybucja cyfrowa to ostateczne rozwiązanie. Pudełka z filmami Blu-ray będziecie częściej oglądali za plecami filmowych youtuberów, którzy upatrzyli sobie niezbyt wyszukane tło do swoich opowieści, niż na półkach sklepowych.

Polub nas na Facebooku

Lorena serial dokumentalny Amazon Prime Video recenzja
8/10

Lorena – sezon 1 – recenzja wstrząsajacego serialu dokumentalnego Prime Video

Richar Plepler odchodzi z hbo

HBO straciło szefa. Ze stanowiska odszedł Richard Plepler