Deborah de Robertis 18 października stawiła się w sądzie, gdzie musiała tłumaczyć się z tego, że we wrześniu prezentowała publicznie swoją waginę pod obrazem Mona Lisy w Luwrze.
Performerka została zamknięta przez policję na 72 godziny przed rozpoczęciem rozprawy. Nie było to jej pierwsze aresztowanie. Prawnicy Luwru wnieśli do sądu o zakaz wstępu do galerii oraz nakaz usunięcia wszystkich jej zdjęć z występów z sieci. To trochę tak, jakby sztuka cenzurowała sztukę.
Deborah de Robertis jest stałą bywalczynią muzeów, a niektórzy muzealnicy pewnie znają jej łechtaczkę na pamięć.
Zajście możecie obejrzeć na materiale wideo. Poraża niesamowita agresja ochrony muzeum. Kobieta z ochrony rzuciła się na Deobrah wręcz z zoologiczną wściekłością. Niewiele brakowało, żeby doszło do tragedii. Jednak to Deborah została skazana na 35 godzin prac społecznych za agresywne zachowanie.
https://www.youtube.com/watch?time_continue=780&v=ygHdFDXrJ9c
Przy takich okazjach każdorazowo zadaje sobie pytanie: dlaczego? Czy naprawdę golizna w sztuce klasycznej jest bardziej wartościowa niż ta powszednia? Może coś jest nie tak z nagością, jako taką? A jeśli tak, to dlaczego dzieła nierzadko uprzedmiotawiające nagość czy naszą seksualność, wiszą po galeriach? Równie dobrze można wytoczyć sprawę muzeum, w którym Deborah de Robertis prezentowała swoją waginę. Mój wniosek jest taki, że wielbimy się w podwójnych standardach.
Nie będę odnosił się nadto do jednego z jej sloganów, czyli próby zmienienia patrzenia na historię sztuki, bo przeszłość pozostaje przeszłością.
Za to Deborah mówi między innymi o depolityzacji jej narządów płciowych i to jest najbardziej interesujące. Chociaż przyznaję, że gdy to przeczytałem, najpierw trochę mnie to rozbawiło, ale po chwili doszedłem do wniosku, że coś jest w jej słowach. Nasze narządy płciowe są poddane restrykcjom, które na dobrą sprawę równają je z narzędziem zbrodni. Nawet wtedy, kiedy nikomu nie robią krzywdy.
Źródło: ArtNet