in ,

SUPER!SUPER!

Luke Cage – sezon 2 – recenzja serialu Marvela i Netfixa

Cuda się zdarzają nawet na marvelowskim Harlemie.

Iron Fist i Luke Cage (zdjęcie: Netflix; edycja: Popkulturyści)

Pierwszy sezon Luka Cage’a budził wielkie nadzieje, ale ostatecznie był olbrzymim rozczarowaniem. Serial poległ realizacyjnie, fabularnie i toczyła go dziecinna naiwność. Na szczęście, co niezwykle rzadkie, druga odsłona okazała się widowiskiem o niebo ciekawszym.

Żeby nie było nudno, na nowojorskim Harlemie zmieniło się niewiele od czasu potyczki, którą Luke Cage stoczył z Diamondbackiem. Superbohater jedynie pogodził się z tym, kim jest. Tym samym nabrał poczucia misji, pojmując wartość swoich mocy. Śmiało wykorzystuje je w walce z wszelką nieprawością, niejednokrotnie w błysku fleszy. W końcu narkotyki i broń same się nie sprzedadzą, więc gangsterów skorych zaryzykować i sprawdzić, czy kuloodporny faktycznie jest kuloodporny, ciągle nie brakuje.

Samozwańcza królowa dzielnicy, czyli Mariah Dillard, jest głównym powodem, dla którego Luke zarywa noce, łamiąc nosy. Kobieta ma olbrzymie ambicje, a do celów dąży po trupach. Na domiar złego pojawia się również zupełnie nowy przeciwnik. Poluje zarówno na nią, jak i na Cage’a. Bushmaster nie tylko ma chrapkę na Harlem, ale przede wszystkim chce zemścić się za krzywdy, doznane z rąk rodziny Dillard. Atmosfera wre, więc co rusz będziecie świadkami naparzania się każdego z każdym, a momentami również dosyć niecodziennych sojuszy. Cieszy wybór Mustafy Shakira na nowego antagonistę, gdyż grając dosyć generyczną rasowo postać, potrafił nadać Bushmasterowi wyjątkowy sznyt. Dzięki czemu momentami wzdrygałem się od tego, co robił, ale były również chwile, w których mu współczułem, a wręcz rozumiałem jego niecne postępowanie.

Co ciekawe, fabuła nie skupia się tak bardzo na tytułowym bohaterze, jak na całej reszcie ferajny.

I dobrze, bo wałkowanie problemów Cage’a męczy. Gdybym dostał tego więcej to pewnie po kilku pierwszych odcinkach darowałbym sobie dalsze śledzenie jego poczynań. Problemy z agresją, które twórcy wysunęli na pierwszy plan, nie są przedstawione na tyle interesująco, by się nimi zachwycać. To typowa zagrywka seriali Marvela na Netfliksie, gdzie każdy bohater musi mieć jakiś męczący widza problem. Na pewno pamiętacie Matta Murdocka głowiącego się czy zabijanie mu pasuje, a nawet Luka, jeszcze niedawno skrytego pod kapturem, unikającego konfliktów, by nie zostać przyłapanym na korzystaniu z nadludzkich umiejętności. Ostatecznie okazywało się, że te problemy były psu na buty.

Co innego cała otoczka, mocno uwypuklona. Chwilami zapominałem, iż mam tu do czynienia z widowiskiem superbohaterskim, gdyż serial żywo przypomina fabuły gangsterskie. Tutaj kuloodporny jest tylko dodatkiem i marką. Początkowo było to irytujące, ale z czasem do tego przywykłem, a nawet doceniłem.

Nie jest to wyłącznie opowieść o przywołanej trójce. Chociażby Misty Knight dostała bardzo dużo czasu ekranowego. I obok Alfre Woodard wcielającą się w Dillard, właśnie Simone Missick odwaliła najlepszą robotę, grając okaleczoną detektyw. Na przeciwnym biegunie jest Mike Colter. Momentami widziałem w nim więcej uroku żigolaka, aniżeli superbohatera znanego z kart komiksów. Na szczęście w najnowszy sezon wpleciono mnóstwo postaci pobocznych, sprawiających, iż nie musiałem skupiać się wyłącznie na protagoniście. Pojawia się chociażby ojciec Luka czy córka Dillard. Sprawnie uzupełniają fabułę w tych miejscach, w których nie dawał rady główny bohater.

serial luke cage netflix
Misty Knight nadaje tonu opowieści nie mniej niż Luke Cage (zdjęcie: Netflix)

W serialu dużą rolę odgrywa psychologia postaci. Nie są tak jednowymiarowe, jak poprzednio. Ważne są ich marzenia, dążenia, przeszłość, problemy…

Przez co spodziewajcie się słowotoku, momentami męczącego i teatralnego, ale jednocześnie zbliżającego do bohaterów, również tych spod ciemnej gwiazdy. Scenarzyści tak zarysowali ich osobowości, iż widzimy, że nawet podłymi bandytami powoduje coś więcej, niż tylko chęć czynienia spustoszenia sama w sobie czy durne motywacje. Czego koronnym przykładem jest Shades. Poprzednio był maksymalnie jednowymiarowy. I chociaż zewnętrznie się nie zmienił, w drugim sezonie jest kimś z krwi i kości, a nie tylko noszącym okulary przeciwsłoneczne, wymachującym bronią zbirem.

Pojawił się również Danny Rand, którego z serialu na serial coraz mniej trawię. To nadal ten sam słodki bałamut, opowiadający o walce ze smokiem, cytujący Bruce’a Lee. Obecnie na prawo i lewo rozrzuca pieniądze, snując naiwne chłopięce wizje. Widzimy go tylko po to, żeby poświecił chwilę dłonią i wypełnił tym opowieść. Jak się domyślacie, świecąca dłoń wiele do niej nie wniesie. Aczkolwiek, dobrze napisany, mógłby tworzyć świetne dynamic duo z Cagem. Mimo wszystko żyję nadzieją, że tak jak drugi sezon opisywanego serialu jest niesamowitym skokiem jakości w porównaniu do pierwszego, tak ta sztuka uda się również w przypadku Iron Fista.

netflix luke cage serial
Wielcy źli serialu są najbardziej tragicznymi postaciami widowiska (zdjęcie: Netflix)

Nie obyło się bez wpadek, głównie montażowych. Jednak realizacyjnie również jest lepiej.

Twórcy nie silili się na wiele spektakularnych efektów specjalnych. A przynajmniej nie siali nimi co krok. Te, które są, nie wyglądają źle i zostały użyte akuratnie i roztropnie. Mocno ograniczony budżet wykorzystano tym razem przyzwoicie.

Warstwa muzyczna jest bardziej zróżnicowana niż poprzednio. Aczkolwiek tak mocno uwypuklona, że chwilami wręcz przesadzono z jej ekspozycją. Jednak serialu – napiszę górnolotnie – słucha się świetnie i pewnie jeszcze wrócę do tych piosenek na Spotify. Usłyszycie zarówno rap, reggae, jak i blues – rzeczy mniej znane, poprzez takie, które momentalnie rozpoznacie, aż po finałowy kawałek, skomponowany na potrzebę produkcji.

Drugi Luke Cage na początku nieco nużył, ale z czasem nabierał wiatru w żagle. Najbardziej irytowało mnie to, że opowieść przechodziła z punktu a do punktu b, by wrócić do punktu a, z którego wyruszała do punktu c. Jednak serial co rusz wynagradzał chwile zwątpienia, oferując całkiem przyzwoitą historię gangsterską. Taką, która dałaby radę nawet bez kuloodpornego superbohatera, jeśliby ją zgrabnie przepisać. Widzów źle wspominających poprzedni sezon uspokajam – kontynuację warto sprawdzić. Ustawiam ją zaraz za obiema odsłonami Daredevila i za zeszłorocznym Punisherem, z żywą nadzieją, iż jeszcze kuloodpornego zobaczymy na małym ekranie.

Luke Cage w serwisie Netflix

Polub nas na Facebooku

Luke Cage (2016) - sezon 2
7/10
7/10

Werdykt

Rzadki przykład tego, że w świecie seriali można naprawić coś zepsutego.

Wysyłanie
Ocena użytkownika
4 (1 Głos)

serial the affair showmax the affair hbo the affair netflix the affair showtime the affair
7/10

The Affair – sezon 4, odcinek 1 – recenzja serialu Showtime na ShowMax

film how it ends netflix how it end 2018

Netflix zapowiada film katastroficzny How It Ends