Terminator: Mroczne przeznaczenie recenzja filmu
5/10
Recenzja filmu Terminator: Mroczne przeznaczenie (Paramount Pictures/20th Century Fox)
in

SMUTNESMUTNE

Terminator: Mroczne przeznaczenie (Terminator: Dark Fate) – recenzja filmu

Znowu zagoniono mnie do świata wykreowanego przez Jamesa Camerona w 1984 roku. Próbowało go odświeżyć kilku reżyserów – raz z lepszym, częściej z gorszym skutkiem. Tym razem zadania podjął się Tim Miller, który wydawał się świetnym wyborem, bo bez niego nie mielibyśmy porywającej sieczki w pierwszym Deadpoolu. Niestety wyszło jak często – rozbuchano nadzieje widzów, ale ostatecznie Terminator: Mroczne przeznaczenie to widowisko odtwórcze, pozbawione magii i ambicji.

Terminator: Mroczne przeznaczenie na myśl przynosi mi inne widowisko fantastycznonaukowe – Gwiezdne Wojny: Przebudzenie mocy. Produkcje różni stylistyka, otoczka i ton, ale tutaj również próbowano przemycić i osadzić w nowych warunkach pomysły z klasycznego poprzednika. Momentami film żywo przypomina Terminatora 2: Dzień sądu. Podobnie było w filmie J.J. Abramsa, który sprytnie zagrał na motywach znanych z oryginalnej trylogii. Jednym się to podobało, drugim nie, ale w moim odczuciu to tanie zagranie sprawdziło się i całkiem przyzwoicie uniosło się na naszej nostalgii, wprowadzając do tego świata nowych bohaterów, wokół których snute są świeże opowieści.

W przypadku Terminatora: Mroczne przeznaczenie tak niestety nie jest i momentami byłem dosłownie zażenowany tym, iż obejrzałem film, którego bohaterzy i scenariusz prezentują poziom tak miałki, że nie zdziwiłbym się, gdyby okazało się, iż skrypt napisano w niespełna tydzień. Wyciągnięto sporo wątków z dwójki, dosypano do tego motyw z jedynki oraz dorzucono kilka nowych rzeczy i wrzucono bohaterów w korowód niekończącej się akcji. Trochę szkoda, bo siłą drugiej części Terminatora było to, że był zupełnie innym filmem niż jedynka. Z drugiej strony w Terminatorze: Ocalenie próbowano wielu nowych rzeczy, a ostatecznie wyszło tak sobie. To pokazuje, że nie ma złotego środka. Niestety tutaj go nawet nie szukano.

Terminator: Mroczne przeznaczenie otwiera nową linię czasową, pomijając wydarzenia z filmów, które nakręcono po Terminatorze 2: Dzień sądu.

Terminator: Mroczne przeznaczenie recenzja
Gabriel Luna musi wejść w buty T-1000, ale jeszcze zanim je przyodzieje, okazuje się, iż nie za bardzo jest gdzie chodzić (Paramount Pictures/20th Century Fox)

Tym razem z przyszłości przybywa Grace (Mackenzie Davis), która jest podrasowanym człowiekiem. Jej zadaniem jest uratowanie Dani (Natalia Reyes) przed terminatorem o wdzięcznym symbolu Rev-9 (Gabrien Luna), który na myśl przynosi T-1000 z Dnia sądu. Niebezpieczny eksterminator z przyszłości okazuje się wyjątkowo nieustępliwy, ale na szczęście na scenę wkracza żądna zemsty na blaszanych jegomościach Sarah Connor (Linda Hamilton). Będzie to pewnym spoilerem, ale tak naprawdę żadnym zaskoczeniem, że na sygnał o pojawieniu się przybyszy z przyszłości trafiła dzięki modelowi T-800 (Arnold Schwarzenegger), który zamordował jej syna, Johna (w tej roli, hmmm… komputerowo odtworzony Edward Furlong z czasów, w których jeszcze nie był miłośnikiem heroiny i bicia kobiet). Nasz ulubiony Terminator po wykonanym zadaniu nie miał już celu, więc założył rodzinę i żyje sobie w miarę spokojnie z wyrzutem sumienia w jego mechanicznym serduszku, pomagając po cichu Sarze w odnajdywaniu jegomości z przyszłości.

Fabuła sprowadza się do ucieczki przed Rev-9, a kiedy wszyscy w miarę otrzeźwieją i uświadomią sobie, że nie mogą go unikać w nieskończoność, bo prędzej czy później i tak ich dopadnie, postanawiają zlikwidować blaszane bezeceństwo. W międzyczasie sporo ludzi umiera, dostajemy mnóstwo wybuchów, strzelanin… I na ekran wskakują napisy końcowe.

Terminator: Mroczne przeznaczenie nie oferuje niczego nowego, a rozrywką jest dosyć przeciętną.

Terminator: Mroczne przeznaczenie film
Arnold Schwarzenegger kolejny raz wciela się w T-800, a jednocześnie jest najbardziej ludzkim bohaterem – mimo to cieniem androida znanego z drugiego Terminatora (Paramount Pictures/20th Century Fox)

Nie ma tu zapadających w pamięć scen, dialogi są miejscami żenująco sztywne, a fabuła dosyć umowna i musimy wiele rzeczy przyjmować na słowo, nie roztrząsając niczego nadto, by się jeszcze mocniej nie zawieść. Narracja sprowadza się głównie do ciągłej rozpierduchy i ucieczki. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby rozrywka sama w sobie oferowała coś ponad eksplodujące pojazdy i Rav-9 hakującego urządzenia i szlachtującego każdego, kto stanie na jego drodze.

Wizualnie nowy Terminator jest boleśnie byle jaki. A po Timie Milerze spodziewałem się czegoś więcej, tym bardziej że to nie tylko współtwórca sukcesu Deadpoola, ale przede wszystkim reżyser zjadł zęby na efektach specjalnych, a te tutaj są najwyżej poprawne. Miałem nadzieję, że każde starcie będzie maksymalnie dopieszczone, a poczucie zagrożenia postawi włosy dęba, a nie dostałem niczego konkretnego. Akcja czasem nuży, bo sprowadza się głównie do tego, żeby na ekranie działo się jak najwięcej i chociaż może to momentami dostarczać jakąś rozrywkę, to widziałem to już setki razy wcześniej i w tym filmie nie zrobiło to na mnie większego wrażenia.

Oryginalność dwóch pierwszych Terminatorów i wiszące nad bohaterami widmo śmierci, zastąpiono tu łopatologicznym tłumaczeniem widzowi, dlaczego rzeczy mają się tak, jak się mają. Nawet aktorzy nie bardzo czuli kogo i w czym grają. Nie ma tutaj miejsca dla charyzmy Mackenzie Davis. Arnie to sympatyczny, ale mimo wszystko wyłącznie cień samego siebie. Linda Hamilton gra jednowymiarową wydmuszkę z pianą na ustach. Z kolei wschodząca gwiazda Gabriela Luny nieledwie przygasa, kiedy przypomnieć sobie przerażającego T-1000 w wykonaniu Roberta Patricka, który – nie ukrywajmy – jest pierwowzorem dla jego złowieszczej mości. Na koniec zostawiłem sobie Reyes, bo jej postać jest tak bardzo żadna, że przypomniałem sobie o jej nijakiej grze dopiero wtedy, gdy robiłem korektę recenzji.

To nie jest tak, że po świetnym Terminatorze i Terminatorze 2: Dzień sądu, nie można z tematu już nic nowego i fajnego wyłuskać.

Terminator: Mroczne przeznaczenie Terminator: Dark Fate
Gdybym miał się wypowiedzieć o tym filmie językiem maszyn, najpewniej posłużyłbym się słowem “error” (Paramount Pictures/20th Century Fox)

W przypadku Terminatora: Mroczne przeznaczenie zabrakło twórców z pomysłem i wizją. Po tej porażce temat blaszaków z przyszłości zostanie najpewniej schowany na dłużej do producenckiej lodówki. Przynajmniej w kinowym wydaniu (wyniki z kas biletowych wskazują jasno, że mamy do czynienia z jedną z największych wtop ostatnich lat). I właściwie dobrze, bo najnowsza odsłona sprawia wrażenie zrobionej na odwal się, bo ktoś w Paramount albo 20th Century Fox stwierdził, iż kolejna część Terminatora to dobry pomysł, by czymś zająć rezerwy produkcyjne i wypełnić lukę w kalendarzu dystrybucyjnym.

Przed premierą niemal zawsze nie ma dla mnie kontynuacji niepotrzebnych, ale już po mogę stwierdzić, że ten czy ów film w odniesieniu do poprzedników był faktycznie niepotrzebny. I tak właśnie jest z Terminatorem: Mroczne przeznaczenie – widowiskiem dosyć nudnym, bezmyślnie wtórnym i przez większość czasu nieciekawym, niepotrzebnym właśnie. Strata czasu, chyba że chodzicie do kina oglądać spadające samoloty. Niczego więcej tu nie dostaniecie.

Co o tym myślisz? Daj znać w komentarzu. Nie zapomnij polubić nas na Facebooku i dodać do RSS lub bezpośrednio na Feedly. Jesteśmy także na Twitterze i Wykopie. Możesz również wesprzeć nas przez PayPal i zaproponować własny temat.

Polub nas na FB

Recenzja filmu Terminator: Mroczne przeznaczenie (Terminator: Dark Fate) (2019)
5/10
5/10

Werdykt

Bezmyślne łubudubu i popłuczyny po klasykach

the end of the f***ing world sezon drugi 2 recenzja serialu seial netflix
8/10

The End of the F***ing World – sezon 2 – recenzja serialu

Filmy recenzja serialu dokumentalnego The Movies od CNN na HBO GO
7/10

Filmy (The Movies) – sezon 1 – recenzja serialu dokumentalnego