Gdy tylko zobaczyłem w zwiastunie symbole futharku, wiedziałem, że muszę obejrzeć ten film. Odwołania do mej ulubionej germańskiej mitologii, do tego jeszcze w filmie grozy. Widziałem ich już mrowie i chociaż lubię i szanuję klasyczne motywy, to z otwartymi ramionami witam wszelką postmodernę i niuanse. Rytuał stoi niejako w rozkroku pomiędzy starym i nowym.
Film otwiera niewinna sekwencja weekendowego wypadu na miasto grupki przyjaciół. Część już się ustatkowała, założyła rodziny, ma odpowiedzialną pracę. Jednego tylko ciągle niesie melanż. Gdy ekipa mówi pas, udaje mu się namówić jednego z kumpli na jeszcze jedną flaszkę. Chwilę później tenże kumpel ginie z ręki rabusia. Imprezowicz przygląda się wszystkiemu zza regału, ściska butelkę wódki jak maczugę, ale nic nie robi. Pół roku później, na biwaku w górach północnej Szwecji, między kumplami wszystko jest ok. Do czasu…
David Bruckner nie ma dużego doświadczenia reżyserskiego (jego debiut jeszcze przede mną, ale widziałem wcale niezłą antologię horroru Southbound i to segment Brucknera podobał mi się najbardziej), co pozostaje bez wpływu na wizualny aspekt Rytuału. Ogromną robotę robią tu umiejscowienie akcji i plenery – za dnia piękny i zarazem przytłaczający gęsty las, który nocą jest koszmarem na jawie. Oklaski dla operatora Andrew Shulkinda (z którym Bruckner pracował nad Southbound), dzięki niemu las to tak naprawdę pełnoprawny bohater filmu.
Reżyser pracuje z aktorami raczej mało opatrzonymi, ale wszyscy grają koncertowo. Fun fact: dopiero w połowie filmu zorientowałem się, że jeden z nich to Raffe Spall, który w kapitalnym miniserialu BBC Na linii cienia odstawia takiego psychola, że klękajcie narody.
Mamy czworo protagonistów, którzy z czasem zaczynają sobie skakać do gardeł i coś… coś innego. Coś znacznie starszego i straszniejszego, przy czym głodny niedźwiedź byłby ich najmniejszym zmartwieniem.

Można się czepiać drobiazgów w rodzaju: ale to już było; co oni odjaniepawlają; to ma być potwór?.
Z tym ostatnim trochę zmaścili, ale przez większość filmu monstrum zostaje poza kadrem, aczkolwiek podobał mi się jego wygląd i w ogóle pomysł nań. Zgoda to już było, ale mimo tego Rytuał to nadal fajny homage dla filmów grozy minionej epoki. Chociaż Dom w głębi lasu zrobił to jakiś pierdyliard razy lepiej.
Ale nie o to, nie o to, nie o to….
Naszej logice bardzo łatwo perorować z wygodnego fotela czy kanapy, z zimnym napitkiem i fistaszkami na zagrychę pod ręką. Ale gdzie jest ta logika, gdy bardzo późnym wieczorem gasimy światło? Logika po ciemku wita się z gąską, a sztafetę przejmuje instynkt i pradawne lęki zakorzenione w DNA. Gdzie jest logika, gdy nie jesteśmy pewni, czy cień w najdalszym rogu pokoju to na pewno tylko cień? Gdy sprawdzamy po raz enty, czy na pewno zamknęliśmy drzwi do mieszkania, albo czy skrzypnięcie z kuchni to na pewno docierające się panele tudzież lodówka, a nie coś… innego?
Gotcha. A to tylko pierwsza warstwa filmu. Żale, poczucie winy, przyjaźnie wystawiane na szwank – całą istotną domieszkę dramatu, bez której dobry horror nie działa, film troszeczkę mimochodem, ale dość sumiennie eksploruje.

Widziałem lepsze horrory. Ale widziałem też dużo gorsze. Zaraz po seansie miałem wrażenie, że obejrzałem coś fajnego, ale też coś, w czym zabrakło paru odpowiedzi – dopóki nie przypomniał mi się mit o tym, jak Odyn wszedł w posiadanie run. Wtedy coś kliknęło… i doprowadziło do nowych pytań. Lubię, gdy straszny film tak ze mną robi.
Cały czas brzęczała mi w głowie myśl, że to całkiem dobrze działa w filmie, ale na papierze byłoby dużo lepsze. Szybki rzut okiem na Google, bang – Adam Nevill jest autorem literackiego pierwowzoru. Ktoś czytał? Warto?
Rytuał na Netfliksie
Rytuał (2017) (tytuł oryginalny: The Ritual)
Ocena końcowa
Blair Witch Project? 😀